Free Joomla Template by Discount Justhost

Hvar 2004

OBÓZ HSA NA HVARZE 11-18.09.2004 - Okiem kadry

Nie lubię kiedy butla przejmuje inicjatywę

Bartek

my też nie, ale różnie w życiu bywa...

Wdech - unoszę się do góry, wydech - opadam... zaraz, nie jestem w wodzie, nigdzie się nie unoszę, obudziłam się właśnie po kolejnej nocy w Bodulu.

Czy wczoraj ćwiczyliśmy balansowanie na płetwach? Za oknem widok na piękny Hvar, słyszę, jak za ścianą Ewa i Magda uczą od rana się teorii. Naprawdę ambitne dziewczyny, zresztą nie tylko one. Cała piątka: Ewa, Magda Andrzej, Bartek i Klaudiusz męczą się z nami przez cały tydzień, żeby w piątek wieczorem dostać płetwą w tyłek, a do ręki upragniony certyfikat.

Kursanci są ambitni i zażarci. Nie marudzą specjalnie, że za dużo nurkowań i ćwiczeń, wręcz przeciwnie. Na nieśmiałe pytanie, czy ktoś chciałby pójść na nocne, wszystkie ręce pokazują się w górze. Dopiero po kilku dniach dochodzimy do tego, że chyba chcą nas zmęczyć i pokazać, że są kondycyjnie lepsi. Nie ma więc wyjścia i też musimy udawać twardzieli. Na szczęście możemy zawsze liczyć na wsparcie kadrowe z Sireny, bez którego byłoby nam naprawdę ciężko.

Nurkuje też z nami słynna postać, topiący jackety i aparaty Marek Wawrzeniec, który tym razem niczego nie psuje, za to raczy nas opowieściami o swoich mrożących krew w żyłach przygodach. My też spotkamy straszne morskie potwory: skolpeny, przez które Ewka chce udusić nam szefową i jeżowce, wbijające podstępnie w palce swoje igły. Inne zwierzaki nikogo nie straszą, pozwalają się oglądać i nawet nie śnią się nikomu po nocach.

Kursanci mają do zaliczenia sporo ćwiczeń, ale część kadry też musi zrobić swoje. Konkurencja "wyciąganie z dna ołowiu" została wymyślona specjalnie jednej osoby, która niewątpliwie czymś podpadła, chociaż do dziś ma pojęcia czym. Chcących próbować sił ostrzegam, żeby lepiej nie brać naraz dwóch pasów po cztery kafle.

Po pracowitych dniach nasi kursanci mają jeszcze siłę na wycieczkę na lawendowe pola. W głąb wyspy jedzie się krętą drogą, cały czas w górę. Roztaczają się stamtąd niesamowite widoki na morze i wyspy wokół Hvaru. A na górze rośnie mnóstwo przekwitłej, ale wciąż pachnącej lawendy i pyszne figi. Na wyprawę na murek też oczywiście nie trzeba nikogo ciągnąć, rozbawionemu towarzystwu raczej nie chce się wracać do hotelu. A kiedy my wyczerpani padamy na łóżka, zaczynają uczyć się teorii. A może tak mi tylko się wydaje...

Ewka czasem mówi, że różne rzeczy są "bez seeensu", ale wyjaśnia nam wkrótce, że to tylko na lądzie, a "pod wodą wszystko ma sens". Zalewanie maski, jeżowce i problemy z pływalnością - to wszystko służy wyższemu celowi. Są też znikające jackety, czego doświadczają niektórzy, ale dzięki naszej świetnej organizacji udaje się jakoś opanować sprzętowe zamieszanie. Paweł pomaga wszystkim dobrać odpowiedni balast, znajduje potrzebującym buty, rękawiczki i ciężarki na rzepy. Dobry duch obozu.

Agata i Piotrek, pojechali z nami na turystykę, a chociaż nie należy to do ich obowiązków, pomagają w bazie ile mogą. Ogólnie chyba wszyscy się nieźle spisali i wyjeżdżają zadowoleni. Szkoda tylko, że tak krótko, ale liczę na kolejne wspólne nurkowania.

Pyza

Zapraszamy do naszej galerii