Free Joomla Template by Discount Justhost

Hvar 2011

To se ne wrati…

Jedni by powiedzieli – ot kolejny obóz. My mówimy – coś niepowtarzalnego i wyjątkowego.
Zaczęło się od zawirowań w podróży, opóźnień. Ale z drugiej strony od pięknego słońca

i uśmiechniętego szefa bazy, który nas rozruszał od samego początku oraz powitał wyśmienitym piwem i oliwą.

Dni upływały w zastraszającym tempie. Składanie sprzętu, wypłynięcie, nurki, omówienie, wykład. Każdy dzień jednak był inny – inne wrażenia, partnerzy, miejsca. Dopiero co się rozkręciliśmy, zaczęliśmy mieć prawdziwą frajdę, a tu kazali pisać egzamin. Po nim niezapomniana impreza kończąca ten obfitujący we wrażenia tydzień. I kulminacja. Ogłoszenie certyfikacji i chrzest. Jakimś cudem wszyscy zdaliśmy ? Cudem to przesada, ale bywało różnie… Czasem trochę niebezpiecznie i serio, a czasem śmiech spowodowany podwodnymi bądź powierzchniowymi naszymi „dokonaniami” się nie kończył. Jeden z nas dorobił się nawet ksywy nurkowej Ponton i nawtykał partnerowi za to, że mu przeszkadzał pływać. A oni grali ze sobą tylko w podwodną koszykówkę (wtajemniczeni wiedzą o co chodzi). Zdarzało nam się nie słuchać wykładów i wychodzić z założenia, że już wszystko wiemy. Jednak woda nas weryfikowała i właśnie pod wodą okazywało się, że warto było słuchać i stosować się do wskazówek prowadzących.

Nadszedł moment refleksji. Czemu tak krótko? Skończyły się wspólne senne śniadania, na których skrytym parówkożercom mówiliśmy stanowcze nie, skończyły się zmagania z prądami, pływalnością, balastem… i teorią. Już nie będzie długich, spędzonych na dyskusjach i śmiechu wieczorów. Łezka się w oku zakręciła – zaczęło być fajnie, zdążyliśmy się ze sobą zżyć, dopiero co się człowiek na serio zaczął cieszyć tym wszystkim, a tu trzeba się pakować. Ten obóz już nie wróci, ale zaczął się nowy etap – jako posiadacze certyfikatów OWD (bądź AOWD) nadal będziemy nękać naszych instruktorów swoimi osobami, pytaniami (lojalnie ostrzegamy).

Ukłony należą się pospołu Paniom Agnieszce i Joannie. Przede wszystkim za to, że „nie utopiły”. Obie były dobrymi duchami tego obozu, dbały o nas. Każda na swój sposób była mieszanką spokoju, autorytetu i poczucia humoru. Były to mieszanki wybitnie pozytywnie wybuchowe. Pocieszały, podbudowywały, ale i zrugały jak trzeba było.

Joannie należą się specjalne podziękowania za perfekcyjne ogarnięcie i przeprowadzenie całego tego zamieszania. Niejednokrotnie stały przed nią bardzo ciężkie decyzje, które jeszcze trzeba było odpowiednio argumentować, niemalże każdemu z osobna. Pod jej bujnymi lokami nie raz, aż parowało, ale wybrnęła mistrzowsko z każdego problemu. Nie będzie w tym nic przesady, iż była to najodpowiedniejsza osoba na tym miejscu. Za tę do nas cierpliwość - wielkie dzięki. A twój heteryzm to jakieś pomówienie…

Agnieszka, cóż można rzec. Kto zna, ten wie – ostoja spokoju i totalnie pozytywnie zakręcona dusza towarzystwa. Jedno jej spojrzenie wystarczyło aby kursanta-gamonia pod wodą uspokoić, a jeden uśmiech na powierzchni aby rozweselić. Trudno sobie wyobrazić jak wyglądałby ten wyjazd bez niej. Do tej dwójki jeszcze Natalia… wiecznie uśmiechnięta i radosna, zawsze pomocna, bezpośrednia. Krótko mówiąc – kadrowa płeć piękna trafiła nam się niepowtarzalna, nie do podrobienia, nie do zastąpienia.

Podziękowania należą się również dwóm ogarniającym niesfornych kursantów. Piotr „Kłopot” (nazwisko zobowiązuje) i Robert. Dwójka, która była argumentem przy jakichkolwiek spięciach i ostatecznym stopniem rozwiązywania konfliktów. Najwięcej się napracowali fizycznie, Robert dodatkowo męczył się z nami na wykładach, a i tak nie tracili humoru. Niby towarzyscy i zawsze skorzy do dzielenia się doświadczeniem, a jednak nie dali sobie wejść na głowy.

No i jeszcze Otek KOwiec. Też się przy nas nalatał, nie ma co ukrywać. I był ważnym ogniwem tego obozowego łańcucha. Bez niego nie było by po prostu tak wesoło.

Maciek Przysłup opanowywał całą logistykę i dołożył się do zaszczepienia w nas nurkowego bakcyla. Maciek zwany Czaszką - pełen zrozumienia czekający na nas w gotowości do pomocy na pokładzie „Bajkonura” sprawnie i bezpiecznie dowoził nas na miejsce nurkowania. Gorąca herbata i ciasteczka czekające na zmarzniętych nurków to tez jego zasługa ?. Cichy, małomówny, ale jakże ważny dla obsługi bazy.

Dzięki Wam wszystkim „głębiny” Adriatyku ukazały nam się z tej najfajniejszej, radosnej, kolorowej strony. Z każdą chwilą coraz bardziej kusiły, aby je lepiej poznać. I na pewno zrobimy wszystko aby wasze starania nie poszły na marne.


Z podziękowaniami za ten wspólnie spędzony czas i stworzenie atmosfery wielkiej nurkowej rodziny Kamil Kuran

Ps. To kiedy następny nur?