Free Joomla Template by Discount Justhost

Egipt 2006

"Veni, vidi i chciało by się dokończyć vici. Tak, tak przybyliśmy, zobaczyliśmy i nurkowaliśmy na rafach Morza Czerwonego w Egipcie." Tak cztery lata temu, w 2002 roku rozpocząłem artykuł o naszej pierwszej wyprawie do Egiptu. Wówczas nikt z nas nie spodziewał się, że na kolejną wyprawę przyjdzie nam czekać aż cztery lata. Ale udało się.

W ciągu ostatnich czterech lat każdy z nas z przyjemnością wspominał tamte chwile spędzone na łodzi i pod wodą. Nakręcony wówczas film i zrobione zdjęcia nie pozwalały nam zapomnieć o tym krótkim czasie, jaki spędziliśmy w Egipcie i za każdym razem były bodźcem, by stwierdzić, że musimy tam powrócić.

Z końcem kwietnia 2006 roku na stronie CTP Nautica pojawiła się mała iskierka nadziei - wiadomość o organizowanej, drugiej wyprawie naszego Stowarzyszenia na rafy Morza Czerwonego. Od ostatniej wyprawy wiele nowych osób przeszło szkolenie nurkowe organizowane przez Stowarzyszenie Nautica w Krakowie i w Warszawie, oraz na obozach nurkowych Aktywnej Rehabilitacji w Spale organizowanych przez Fundację Aktywnej Rehabilitacji. Chętnych na wyjazd nie brakowało, nie odstraszała nawet dużo wyższa cena wyjazdu niż poprzednio. Zatem już po kilku dniach od ukazania się tej wiadomości wiadomo było, że wszystkie miejsca są już zajęte.

Ostatnie dni przed wyjazdem wypełnione były gorliwymi przygotowaniami sprzętu, wzajemnymi telefonami i dogrywaniem ostatnich spraw organizacyjnych. Nadszedł wreszcie upragniony 16 czerwca i cała nasza 24 osobowa grupa spotkała się na lotnisku w Warszawie. Kilka godzin później gorące, egipskie słońce świeciło nam w oczy, a suche powietrze wypełniało nasze płuca. Ci z nas, którzy byli tu po raz pierwszy, z fascynacją patrzyli na każdy skrawek egipskiej ziemi, a niespotykane w Polsce kolory pustyni i wybrzeża wywoływały okrzyki: "...popatrz tam ...". Wieczorem odświeżeni po podróży spotkaliśmy się wszyscy na kolacji, którą w porównaniu z tym co pamiętam sprzed czterech lat, można było uważać za smaczną J . Niestety, ale jedzenie hotelowe nadal pozostawało daleko w tyle za standardem europejskim, jednak do Egiptu nikt nie leci po to, aby się najeść.

O godzinie 4.30 obudził nas donośny głos z pobliskiego meczetu wzywający wiernych na modlitwę. Śniadanie składające się z naleśników z dżemem i bułek z serkiem topionym lub jajkiem nie zmieniło się od poprzedniego czasu. Oczywiście na półmiskach było jeszcze sporo innych "przysmaków" - sałatek, warzyw, owoców, kiełbasy czy żółtego sera, jednak nauczeni doświadczeniem nie jedliśmy ich, by uniknąć "zemsty Faraona".


Pierwsza odprawa w bazie trochę się opóźniła i widać było, że nie wszyscy zmobilizowali się do punktualności, ale z czasem było coraz lepiej. Odprawienie naszej prawie 30-sto osobowej grupy, wymagało dobrej koordynacji działań zarówno z naszej strony, jak i kolegów prowadzących bazę.

Małymi busami dostaliśmy się na nabrzeże, a następnie z pomocą załogi i naszych przyjaciół zaokrętowaliśmy się na pokładzie. Duża łódka pozwalała nam na swobodne przemieszczanie się zarówno po jej dolnej, jak i górnej części. Była jednak za mała, by wszyscy równocześnie mogli pozostawać na pokładzie, dlatego podzieliliśmy się na grupy kilkuosobowe, którymi przygotowywaliśmy się do wejścia do wody, a pozostałe osoby cierpliwie czekały na swoją kolej w kajucie. Ze względu na zróżnicowane doświadczenie i różne uprawnienia nurkowe osób biorących udział w wyprawie, część nurkowań było łatwiejszych i na mniejszych głębokościach, a dla bardziej doświadczonych wybierane były miejsca wymagające nieco więcej samodzielności. Jednak zarówno jedne, jak i drugie były bardzo ciekawe i interesujące.

Podwodne stworzenia - korale, ukwiały, ryby i inne mieniły się tęczą barw. Tym razem prawie na każdym nurkowaniu można było zobaczyć duże tuńczyki i napoleony, które podczas ubiegłej wyprawy widywaliśmy sporadycznie. Mieliśmy również dużo szczęścia, bo kilkakrotnie spotkaliśmy ośmiornice, które są rzadko spotykane w tamtejszych wodach. Duże ławice mniejszych i drobnych rybek, w które można było wpłynąć i "przeciskać" się pomiędzy nimi tak, że miało się wrażenie, iż jest się jedną z nich. Zdziwione spojrzenia większych ryb zdawały się mówić: "co to za ławica dziwacznych stworzeń?". I tak w zachwycie podwodnym światem mijały kolejne minuty, aż prowadzący grupę dawał sygnał do wynurzenia i trzeba było opuścić podwodny świat.

Wejście na łódkę wymagało często dużo ostrożności, ponieważ duże fale miotały nami i nią we wszystkich kierunkach. Musieliśmy opracować bezpieczne sposoby wyjścia z wody i szybkiego przemieszczenia się w głąb pokładu, aby zrobić miejsce kolejnym osobom.

Pomiędzy jednym a drugim nurkowaniem był czas na odpoczynek i na lunch przygotowany przez załogę łodzi. Na koniec lunchu załoga raczyła wszystkich pysznym, słodkim deserem w postaci malutkich pączków z cukrem.
Drugie nurkowanie zawsze odbywało się w innym miejscu niż pierwsze, aby osoby, które schodziły dwa razy dziennie pod wodę, mogły zobaczyć coś innego. Woda była ciepła i dość przejrzysta, więc osoby, które pozostawały na łodzi na czas drugiego nurkowania, nie nudziły się. Obserwowały z łodzi lub pływając z maską i fajką podwodne życie rafy.

Wieczorami w mniejszych lub większych grupach organizowaliśmy wyjścia na Old Market - tamtejszy rynek handlowy, lub do pobliskich kawiarni, gdzie popijaliśmy miętową herbatę i palili sziszę. Dopiero późnym wieczorem wracaliśmy do hotelu, zaczepiani po drodze przez handlujących Egipcjan, którzy zachwalali swoje towary łamaną polszczyzną i powiedzonkami typu: "dobra, dobra zupa z bobra", "herbatka u Tadka", czy "piękna laska". Każdy z nas w końcu dawał się namówić któremuś do wejścia do sklepu, a wówczas targowaniu i handlowaniu nie było końca. Kupując prezenty dla znajomych i rodziny można było zwykle wytargować co najmniej pół ceny początkowej, proponowanej przez sprzedawcę.


Kolejne dni miały bardzo podobny przebieg, aż do dnia, w którym wybraliśmy się do Dahab, miejscowości położonej o ok. 90 km od Sharm. Musieliśmy wstać wcześnie, tak by kilka minut po godzinie 7 siedzieć już w busikach, wiozących nas przez pustynię. W Dahab zaplanowane mieliśmy również nurkowania, w miejscu zwanym "Canion". To nurkowanie w odróżnieniu od dotychczasowych odbywało się z brzegu. Był to podwodny kanion, do którego można było wpłynąć na głębokości 22 m , opaść na jego dno na głębokość 30 m i następnie korytarzem wypłynąć na głębokości 14 m . Przepiękna formacja rafy i prześwitujące przez szczeliny światło słoneczne robiło niesamowite wrażenie na wszystkich. Ci z nas, którzy nie mogli wpłynąć do środka, mogli podziwiać kanion z góry, gdzie bąbelki powietrza wydostawały się przez warstwę piasku, robiąc wrażenie wielkiego jacuzi.

Po dwóch nurkach pojechaliśmy do miasta, by w tamtejszej restauracji zjeść obiad, a w sklepikach zakupić pamiątki. Do hotelu dotarliśmy dużo później niż zwykle, jednak ani późna pora ani zmęczenie nie zniechęciło nas do kolejnego wyjścia do pobliskiej kawiarni.

Kolejny dzień był zwykłym - o ile w Egipcie można mówić o zwykłych dniach - dniem nurkowania z łodzi.

Ostatni dzień przewidziany był na odpoczynek i siedzenie nad basenem w hotelu. Jednak niektórym z nas nie bardzo uśmiechało się leniwe wygrzewanie się na słońcu, więc za dopłatą wypłynęliśmy na kolejne dwa nurkowania.

Mała liczba osób na łodzi - było nas wszystkich ośmioro - sprawiła, że można było swobodnie poruszać się po pokładzie i nikt nikomu nie przeszkadzał. Na te ostatnie nurkowania wybraliśmy miejsca najpiękniejsze tak, aby były one czymś w rodzaju "śmietanki do kawy" czy deseru. Naprawdę było warto J . Pozostała część naszej grupy w tym czasie wybrała się do delfinarium na pokaz tresury delfinów.

Wieczorem musieliśmy rozpakować i wysuszyć nasz sprzęt nurkowy, bowiem następnego dnia trzeba było już wracać. Ostatniego wieczoru wszyscy wybraliśmy się po raz ostatni na Old Market, a po powrocie do bazy odbyło się uroczyste zakończenie wyprawy z wzajemnymi gratulacjami, podziękowaniami i balowaniem do wczesnych godzin rannych.

Popołudniowa pora wyjazdu pozwoliła na poranne skorzystanie z basenu i złapanie kilku ostatnich promyków egipskiego słońca. Wracaliśmy nienasyceni, zmęczeni, trochę opaleni i pełni nadziei, że na następną wyprawę nie będziemy musieli czekać kolejnych czterech lat.

Na koniec pragnę podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do zorganizowania tej wyprawy. Szczególnie Asi i Angelice, które na długo przed naszym wyjazdem były bardzo mocno zaangażowane w organizację. A także wszystkim osobom, które służyły nam wszelką pomocą. Jak również kadrze z biura w Sharm, która musiała organizacyjnie opanować całe zamieszanie, jakie robiliśmy. I wszystkim uczestnikom za miłą atmosferę i niezapomniane chwile.

Radosław Obuchowicz