Free Joomla Template by Discount Justhost

Safari Top Południa 2010

Safari Top Południa 13-20 listopada 2010

To moje drugie safari (wrażenia z pierwszego safari – luty 2009 poniżej). Tym razem Top Południa. Dlaczego się zdecydowałam? Przecież wiedziałam, z jakimi trudnościami się to wiąże… Ale nie mogłam sobie odmówić tej wielkiej przyjemności, jaką sprawia mi nurkowanie. No i po poprzednim safari na St. John’s miałam pewien niedosyt – nie było rekinów! Przyznam się, że jadąc na to safari miałam cichą nadzieję, że uda mi się je spotkać. Może nie do końca chciałam spotkania „oko w oko”, ale gdzieś w oddali rekin mógłby zamajaczyć… Decyzja zapadła – jadę, tym bardziej, że w kraju zapowiedzi zimy były coraz bliższe, a w Egipcie temperatura wody o tej porze wynosi 30 st. C i słoneczko daje rozkoszne ciepło. Wszyscy w Polsce zapomnieli już o lecie, a mnie czeka krótki urlop w klimacie zdecydowanie bardziej przyjaznym osobom niepełnosprawnym.

Po wszystkich trudach podróży – pociąg, autobus, samolot, autokar, ponton – zaleźliśmy się w grupie 24-osobowej na łodzi (plus egipska załoga). Już na drugi dzień czekały nas dwa nurkowania – pierwsze (check dive) na rafie Gotta Marsa Alam, a drugie na Elphinstone Reef, które odbyło się z pontonu, trochę utrudnione, jeśli chodzi o nas – mnie, Marka i Marcina (wszyscy nurkowie HSA), ze względu na nasze niedoskonałości J. Ale wspaniałe zaangażowanie ze strony nurkujących z nami – prowadzącej całe nasze safari oraz przewodniczki naszej nurkującej grupy Ani oraz Oktawiana, spowodowało, że nie było z tym większych problemów, wszystko odbyło się sprawnie i z pomysłem.

Przez następne dni czekał nas podobny rytm dnia – pobudka o 5.30 (!!!) i pierwsze nurkowanie, a później posiłki, odpoczynek na sun decku, przeplatane kolejnymi nurkowaniami – w sumie trzy dzienne i jedno nocne. Ale jeśli komuś może to wydawać się nudne, to się pomylił – atrakcji nie brakowało. Już kolejny dzień nurkowy obfitował w mocne wrażenia. Dopłynęliśmy do rafy o nazwie Daedalus, która słynie z umiejscowionej na niej latarni morskiej oraz spotkań z… rekinami. Coś dla mnie! I rzeczywiście, stało się! Pierwszy rekin widziany na żywo w moim życiu! I to nie jeden! Napotkaliśmy kilka rekinów już koło łodzi – to rekiny oceaniczne białopłetwe, chyba przyzwyczajone do cumujących tam wielu łodzi i nurków kotłujących się w wodzie. Ale to może tylko takie nasze odczucie, bo czyż rekin jest dla nas rybą przewidywalną? Ale wszyscy, którzy nurkują wiedzą, że jest coś niesamowitego w zetknięciu się z tym zwierzęciem, dreszczyk emocji, adrenalina, wreszcie strach, tego właśnie oczekujemy. Choć wiemy, jak wielkie wiąże się z tym niebezpieczeństwo, coś nas popycha do tego, aby przyjrzeć się rekinowi z bliska. I tak też się stało… Najpierw miał „bliskie spotkanie” z drapieżnikiem Oktawian, który zapragnął tylko w abc blisko naszej łodzi Safy Mar „zapolować” na niego z aparatem fotograficznym. Udało się, parę fotek będziemy mieć właśnie dzięki jego odwadze na pamiątkę. Również przedstawicielka płci pięknej Beata wypatrywała intensywnie w wodzie rekinów, aż jeden z nich otarł się o jej płetwę, co przyspieszyło jej wejście na pokład łodzi. To z kolei uwieńczył na filmiku Robert.

Okazało się, że i naszą 6-osobową grupę nie ominął dreszczyk emocji. Kończyliśmy już trzecie nurkowanie, było około godziny 17, więc pomału zachodziło słońce, zbliżamy się do naszej łodzi i co widzimy? Bezpośrednio przy drabinkach krążą sobie dwa rekiny, chyba lekko zdenerwowane, bo kółka zataczały coraz mniejsze i mniejsze… Zaczęłam się zastanawiać, jak się wydostaniemy na łódź, skoro one są na „naszej trasie” i nie mamy szans ich ominąć, no i przecież ja, Marek i Marcin musimy ze sprzętu rozebrać się w wodzie, co trwa i robimy tą operacją sporo zamieszania. Kiedy byliśmy już całkiem blisko i pomyślałam sobie: „raz kozie śmierć – taranem w nie J” zobaczyłam, że Ania, która przewodniczyła naszej grupie, daje znak, aby oddalić się w stronę rafy. Następnie wypuściła bojkę i przypłynął po nas zodiak. Kiedy gramoliliśmy się na ponton, pod nim krążył już jeden z rekinów… Może nic by się nie stało, może to była dość asekuracyjna decyzja, ale myślę, że Ania postąpiła bardzo rozsądnie – dzikie zwierzęta są nieobliczalne, lepiej się wycofać, niż narażać na niewiadomą reakcję rekinów. Dodam tylko, że ok. 2 tygodnie po naszym powrocie takie same rekiny białopłetwe zaatakowały i raniły kilku turystów w pobliżu Sharm El Sheikh, jedna zmarła…

To był dzień pełen emocji! Po nim nastąpiły już spokojne nurkowania na pięknych rafach, obfitujące w spotkania z licznymi murenami, barakudami, tuńczykami. Widziałam też po raz pierwszy na Rocky Island stone fisha albinosa, który pięknie wkomponował się w białą skałę, prawie niezauważalny, ale sprytnie wypatrzony przez Małgosię, z którą ja i Marek wspólnie robiliśmy kurs na Deep Divera. W ramach tego kursu wykonaliśmy kilka głębokich nurkowań; kolejne na Zabarghad Island, gdzie miałam „bojowe zadanie” – musiałam wypuścić bojkę, co jest niezbędne, by nas mógł zlokalizować ponton, gdy jesteśmy oddaleni od łodzi. Niestety, bojka dość szybko wyciągnęła mnie z kilkunastu metrów na powierzchnię, ale przecież nobody’s perfect…, a trening czyni mistrza – następnym razem będzie lepiej :). Teraz po ukończeniu kursu będziemy wszyscy mieli możliwość nurkować do głębokości 40 m.

I kolejne świetne miejsce, zwane Um El Khararim, po polsku brzmiące intrygująco – Matka Dziur. Rafa pełna właśnie jest licznych jaskiń, dziur, pięknych przesmyków i tu niezbędna była dobra pływalność. Tam nurkowaliśmy dwa razy. Drugim razem okazało się, że z Markiem będziemy nurkować zupełnie sami, mamy się zanurzyć, popłynąć i na koniec znaleźć łódź samodzielnie, bez przewodnika. Dla nas wyzwanie! Obydwoje nurkowie HSA, z tymi samymi umiejętnościami musieliśmy przecież dać radę! Po około godzinie nurkowania, zgodnie z planem i kończącym się powietrzem dopłynęliśmy bez przeszkód do łodzi i byliśmy z siebie bardzo dumni.
Wielkie dzięki dla Ani za całe safari, świetną organizację i mądre decyzje; dla Oktawiana, którego pomoc sprawiła, że mogliśmy doświadczyć wielu wspaniałych przeżyć; dla Piotrusia, który spowodował, że nurkowanie stało się moją pasją i dla tych wszystkich, którzy byli razem z nami i służyli swoją pomocą. Specjalne podziękowania dla Władka i Roberta, za to że utrwalili na fotkach i filmikach nasze zmagania pod wodą i na jej powierzchni.
„Co to jest szczęście? Innych uczynić szczęśliwymi. Co to jest radość? Innym sprawić radość”.
— Wilhelm Keppler

Dziękuję – Jolanta Tuz